Wygrałam 24 złote w Lotto. Czy to mój największy życiowy sukces?
W drodze do gabinetu kupiłam los. Bez napięcia. Bez desperacji. Pomyślałam tylko: „Zaskocz mnie. Pozwalam sobie przyjąć coś lekkiego."
Wygrałam 24 złote!
To nie kwota była przełomem. Przełomem było to, kim byłam w tym momencie.
Przez lata działałam w trybie: „muszę dać radę". Na wszystko trzeba zapracować. Jeśli coś przychodzi łatwo — pewnie nie ma wartości. Kontrolowałam, planowałam, brałam odpowiedzialność za swoje i cudze sprawy. Trzymałam kierownicę życia tak mocno, że aż bielały knykcie.
Z zewnątrz — skuteczna. W środku — w permanentnym napięciu.
W pewnym momencie zobaczyłam, że to nie świat wymaga ode mnie tej ciągłej gotowości. To ja nie umiałam jej odłożyć.
Zaczęłam odpuszczać w małych rzeczach. Przestałam ratować sytuacje, które do mnie nie należały. Przestałam brać odpowiedzialność za wszystko. Pozwoliłam sobie nie kontrolować każdego kroku.
I zamiast katastrofy pojawiła się ulga.
Te 24 złote nie były nagrodą z kosmosu. Były dla mnie sygnałem: kiedy przestaję działać z napięcia i udowadniania, zaczynam działać z wyboru.
W pracy widzę to często. Silni, kompetentni ludzie. Świetnie ogarnięci. I wyczerpani ciągłym trzymaniem wszystkiego w ryzach.
Nadodpowiedzialność wygląda jak siła. Często jest lękiem. Że jeśli puszczę — coś się zawali. Że jeśli nie dopilnuję — stracę kontrolę. Że jeśli nie udowodnię swojej wartości — przestanę być ważny.
Tylko że ciągłe trzymanie gardy nie chroni. Ono odcina od życia.
Czasem największą odwagą nie jest zaciśnięcie zębów i kolejny wysiłek. Czasem największą odwagą jest poluzować uchwyt.
Wiola Grela·

